Czym są sztywne wymagania? – zakończenie

0

Ostatnia część moich zmagań

Chłód

Ręce odmarzały już mu drugą godzinę odkąd wybiegł z tego mieszkania. Był ledwo 30 minut autobusem od rodzimego miasta, głową przyklejony do zaparowanej szyby, barkami skulony do ściany, aby móc zatrzymać przy sobie resztki ciepła. Nie było co liczyć na ogrzewanie w starym Ikarusie linii 194, pogoda na zewnątrz dobijała zaledwie kilkoma stopniami, słońce wciąż powoli wstawało tego poranka. Katar lał się ciurkiem, a nos wycierał w rękaw swojej kurtki tylko na moment rozwiązując ten niewygodny problem.

Udało mu się uciec z centrum Knurowa, ledwo ogarnął swoją lokalizację wśród blokowiska ulic pierwszych książąt polskich. Telefon z około 28% stanu baterii na godzinę 7:06 pozwolił mu w miarę sprawnie zlokalizować najbliższy przystanek autobusowy – chwilkę to potrwało, ale w końcu zaczął kierować się w stronę ulicy Kosmonautów.

W między czasie przypomniało mu się o fizjologi, tak więc musiał chwilkę znaleźć na odnalezienie odpowiedniego miejsca do odsikania się… skończyło i tak się pod drzewem, układ bloków do najszczęśliwszych nie należał, na szczęście udało mu się jakoś zapomnieć o gnębiącym go paruresis i załatwić obowiązek szybko.

Pech chciał, że autobus nie przyjechał o wyznaczonej godzinie mimo, że byłem na przystanku 6 minut przed czasem… uroki świąt czy późnej nocy – tzw. „przyśpieszone kursy”, kiedy olewa się rozkładówkę autobusową i jeździ się jak chce… więc pewnie uciekł, cholera.

Ostatnie zdanie

Nawigacja pożarła swoje zasłużone kilka procent ratując go wtedy w polu, on błądził teraz gdzieś wokół blokowisk za przystankiem w poszukiwaniu ciepłego schronienia, by móc przeczekać godzinę na następny kurs KZK w stronę domu. Głód doskwierał, pieniędzy nie brakowało, ale weź znajdź otwarty sklep o tej godzinie w taki dzień – jakbym zemdlał na ulicy to karetka też pewnie przyjechałaby po mnie na następny dzień. Przecież święto, więc co się czepiam…

W pewnym momencie odezwał się wibrator w kieszeni, starał się unikać korzystania z telefonu byle ten tylko wytrzymał dwie-trzy najbliższe godziny… zawsze ubezpieczony, zawsze starał się mieć te akumulatorki co najmniej rozsądnie naładowane na wypadek wzywania pomocy na najgorszą ewentualność.

Spojrzał na wyświetlacz… 328033026… nieznany numer… Zawsze wzbraniał się przed odbieraniem numerów, których nie miał w kontaktach – mało kiedy niosły one ze sobą coś dobrego. Przełamując się w końcu odebrał:

– …. Ss..słucham?
– KAMIL?! Jezu przepraszam nie chciałam, żeby tak wyszło, gdzie zniknąłeś tak nagle, nie zdążyliśmy pogadać…

Zamurowany przez dłuższą chwilę słysząc zrozpaczony głos dziewczyny, którego nie kojarzę…

– halo? Jesteś tam? HALO? Odezwij się…

w końcu zebrałem się:

– kim ty jesteś? Skąd masz mój numer?
– To ja Monika, jezu przepraszam, zaprosiłam Cię wczoraj do mieszkania, spałeś tutaj u mnie… powiedz proszę gdzie jesteś… wypiliśmy trochę dużo wczoraj, chłopacy już poszli…

Wstrzeliwując się w końcu w ciszy:

– Jacy chłopacy?! KIM TY W OGÓLE JESTEŚ?! CO JA ROBIŁEM TAM I JAK SIĘ TAM ZNALAZŁEM?! CO ROBILIŚMY WCZORAJ BO KOMPLETNIE NIC NIE PAMIĘTAM?! ….. No odpowiadaj!

Ale krzyczałem już tylko do wyłączonego telefonu. Odbierając tą rozmowę pamiętam, że była chyba 7:51. Kolejny stan gorączkowy od teraz – obowiązek pilnowania czasu na partyzanta.

Wspomnienia

Reszta życia zapowiadała się koszmarnie więc znów rzucił się w wir wspomnień, gdy mijał w autobusie parking kopalniany w Szczygłowicach, z którego wiele razy wyjeżdżał na kilka tygodni na kolonie i obozy. Wstrzelił się teraz w nieco lepszy fart, bo cholerny, wilgotny Ikarus miał kończyć swój kurs właśnie w Szczygłowicach na tym przystanku – kolejna godzina postoju? A może próba szukania pomocy u dawnych znajomych?

Nic z tych rzeczy, kończąc kurs automatycznie zaczynał się następny… 194, tak niewdzięczna i niedoceniona linia kierująca się do Leszczyn przez Książenice. Po drodze spojrzał na znajome nastopiętrowe bloki, przywołał we wspomnieniach kilka przyjemniejszych twarzy i chwil młodości. Pogoda również zaczynała dopisywać i było czuć wzrost temperatury… kilka stopni ledwo, lecz niosły wiele ciepła za sobą. Nie musiał już przytulać się do drewnianej ścianki autobusu jak kilkanaście minut temu.

Wzięło go w końcu na refleksje – 23 lata na karku, akcje i zachowanie jak u straconego trzydziestolatka, który samotnie czeka już tylko na śmierć uciekając w coraz to gorsze, przelotne znajomości… pora się opamiętać, strzelić sobie ponownie w łeb zanim pochłoną mnie 702 oznaki zawodu… Myślał o tych popełnionych wpisach, które często z różnych pomysłów brał.

Dotarł w końcu do Leszczyn trwając w podobnych rozmyślaniach. Minął centrum sklepowe, tzw. przystanek „Osiedle”, widział jak o około 9:00 budzi się powoli jego miasteczko do życia. Już tylko jeden zakręt w lewo, prawo… próg zwalniający i wychodził szczęśliwy, świadomy bliskości domu i myśli o gorącym prysznicu, którego zaraz zazna, a potem byle śniadanie, łóżko…

I walka z milionem myśli i tysiącem nowych doświadczeń…

Wnioski z tej historii… czwarta część.

Tagi: , , , , , , ,

Skomentuj