O wkurzających antywirusach

2

On wie najlepiej, co zrobić

Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu… czy jakoś tak. Nieważne, dzisiaj na pierwszym miejscu w denerwowaniu mojej osoby pojawił się kolejny antywirus. O co dokładniej chodzi? Wiadomo, że jestem polakiem i czasem jednak muszę coś spiracić albo użyć jakiegoś ‚niebezpiecznego’ narzędzia w systemie – cóż, taka jest moja codzienność.

Nie jestem typowym użytkownikiem komputera, który ogranicza się do onetu i sprawdzenia poczty tam, poklikania ze znajomymi na gg, no ale niestety, ochronę również jakąś potrzebuję. Co prawda kiedyś dwa lata siedziałem bez antywirusa i jakoś nie było problemów z zagrożeniami jak i nikogo nie atakowałem nieświadomie sobą – najważniejsza jest świadomość użytkownika. No, ale dzisiaj sobie już nie mogę pozwalać na ryzyko.

Jakiś taki durny trend przyszedł w ciągu ostatnich dwóch lat wraz z producentami programów ochronnych, że użytkownik ma niewiele do gadania w sprawie swojej ochrony, a antywirus już wszystko pokasuje bez pytania, a co go to obchodzi, że wyleciało coś cennego, albo coś, co pobierałem kilka godzin ‚no bo przecież tam jakiś trojanik w tym archiwum był i ja cię uchroniłem i masz mnie ukochać’ – ta, jasne.

Dlatego gdzieś na początku tego roku waliłem ESET’a. Nod32 2.7 był chyba najwspanialszym antywirusem, jakiego przyszło mi używać. Bardzo szybkie skanowanie, bardzo dobra wykrywalność i prostota w obsłudze. Był moment, że się na 3 przesiadłem, ale tak zamulała, że poleciała szybko. Wróciłem na 2.7. No ale niestety nie mogę w nieskończoność używać starego rozwiązania sprzed kilku lat. Trzeba w miarę iść z czasem (- tja, mówi człowiek, który dopiero niedawno zaczął używać Visty)… dlatego też idąc z czasem postanowiłem się przesiąść na ESET’a 4. O zgrozo. BSOD podczas ładowania systemu… te skanery na ring 0 to jednak niebezpieczne potrafią być. No ale nieważne. Przykre, że jednak mój komputer nie jest kompatybilny, a ludzie coraz bardziej się skarżą na rozwiązania ESET. Olać gnoja, czas spróbować coś innego – ale o tym potem.

Problem był jeszcze jeden jakiś czas temu z nim. Nieco poprawił się sprzęt, który służy reszcie rodziny kilka metrów ode mnie i również tam postanowiłem spróbować z nowszą wersją. I nie było tak tragicznie jak u mnie. Ładnie skanował, ładnie działał… ale do cholery jasnej nie słuchał się moich wyjątków. Jestem tak leniwy, że administruje innymi komputerami w domu zdalnie. Wiadomo, że tego typu narzędzia bywają uważane za ‚niebezpieczne’… więc ESET trochę za chętnie wszystko chciał czyścić, ale co tam. Jakoś się udało.

Na dobre porzuciłem jednak ESET, trochę poszła w dół ta firma. Czas na chwalonego Kasperskiego – któż go nie chwali. Przecież w necie trwają całą dobę wojny między ESET a Kasperskim ;-)

Zainstalowany KIS2010. Oczywiście zachwyca na początku jak wszystko, co nowe. Aktualizacje.. skanowania.. ponownie ustawianie wszystkich reguł. Wszystko fajnie, ale nie podobało mi się nigdy w pełni ustalanie grup typu ‚trusted’ i nie ‚trusted’. Momentami interfejs niezłe zamuły łapał przy grupowaniu w ograniczeniach.. ale co tam. Jest miło. Potem przyszedł KIS2011. Też trochę zmian w stosunku do starszego brata. Nieważne. Czas się pożalić: Najbardziej WKURWIAJĄCĄ rzeczą jest… niesłuchanie się wykluczeń. Cholera. Co za czasy. Po za tym pojawiły się problemy a’la niełączący się StrongDC itd…

Dobra. Nie próbując się męczyć już na laptopie z ostatnimi dwoma przypadkami, poczytałem testy, powybierałem… Norton!

Tak. Ten Norton Symanteca, który zawsze pożerał 150% mocy komputera.. chociaż w czasach 2001-2004 na niego nie narzekałem. A co mi tam. Wykrywalność wzrosła, co do ostatnich czasów, też znacznie zoptymalizowany został. Czemu nie spróbować?

Interfejs nie powala. Wręcz odraża swoim wyglądem.. Wszystko wygląda jak pisane na tabelkach dla IE5 i zamiast przycisków te charakterystyczne linki do opcji w programie… Arg… trudno, trzeba się nauczyć, przyzwyczaić. Może będzie fajnie. Przeleciałem jak zwykle ustawienia. Wszystko ustawione pod siebie.. trochę tu ubogo w porównaniu do Kasperskiego no, ale co tam…

Dobra. Pora na pełne pierwsze skanowanie… znaleziono intruza. Już się domyślam, co to mogło być, idę do folderu ów intruza.. nie ma go. KURWA NIE MA GO! Kto do jasnej cholery pozwolił usunąć go… no kto. Niech się cieszy, że jednak kwarantanny użył…

No to morał. Morał tej bajki jest prosty i niektórym znany, antywirusy to.. a nie będę znowu klną. Problem tego wszystkiego polega na tym, że jednak producenci za bardzo wzięli sobie do serca bezprawne usuwanie plików użytkownika. Mam nadzieje, że kiedyś w końcu skończy się ta papka i ktoś wytoczy sprawę za zbyt duże ingerowanie w zawartość dysków użytkowników.

Arg. Taki antywirus bardziej groźny od wirusa może być. McAfee ostatnio posadził tysiące (miliony?) systemów z powodu źle przygotowanej poprawki. BitDefender MS’a podobnie…

Wszystko byłoby jeszcze fajnie, gdyby można było od razu wybrać ‚Odpierdol się łaskawie od tego pliku’ a nie Blokuj lub usuń… O ignorowaniu już chyba tylko zostało marzyć.

Przykre czasy. Zostaje już to tylko wywalić albo wyłączyć rezydenta i ciągle wszystko wysyłać na VirusTotal. Oczywiście wszelkie ‚automatyczne czyszczenia’ są wyłączone, o ile jest to możliwe…

Tagi: , , , , ,

Komentarze 2 komentarze

Sprawdź AVG ;) Używam od dłuższego czasu, nie muli kompa tak jak czasami potrafi Kaspersky, pozwala zarządzać wszystkimi komputerami w firmie / domu z jednego centralnego i z niego idą aktualizacje baz etc..

Jak coś to ci mogę sprzedać nawet tanio bo jesteśmy dystrybutorami ;D

[…] postanowiłem o tym napisać, niegdyś żaliłem się dłużej na kilka antywirusów, a dzisiaj staniemy przed jednym konkretnym który się napatoczył: […]

Skomentuj